Wydawnictwo Oficyna
Strona główna Recenzje
Wydawnictwo Oficyna Kompozytorzy Dziennik Muzyczny Recenzje Instytut Neuronowy Do pobrania Krótki opis Kontakt
 
 

  

   

Doda 

 

 178 204 7 Universal

 

 

 

Od miesięcy bronię się od tego tekstu. Ale:

 

Skoro każą mi wejść w szkodę.

No to dziś obrobię Dodę.

 

Czyli zaczynamy ten wykład limerycznie. Czyli to pierwszy aspekt mojego widzenia tego przedsięwzięcia, przypuśćmy że muzycznego. Takie przypuszczenie na początku perory to jak założenie heurystyczne. Ale skoro nie czułem się w tym temacie zbyt mocny, zadzwoniłem.

 

- Co sądzisz o Dodzie?

- O kim?

- O Dodzie?

- A kto to Doda?

 

Tu musiałem udzielić bardziej wylewnej informacji, powodziowe służby miałyby dosyć do roboty, a nas tu ma nic nie zalać, a na pewno nie woda. Po uruchomieniu, czego tam było trzeba, bo specjalistka od lekkiego, melodyjnego popu napłynęła do Polski z Wilna, słyszę dalej:

 

Taka dziewczyna z Play Boya. O, piersi ma ładne.

 

Jeszcze raz mówię, układałem ten dialog tylko w pięćdziesięciu procentach. Jedynie go tu spisuję. Ostatnio owa specjalistka od piersi znowu jechała gdzieś w Inflanty, choć dalej nie umiała powiedzieć, co ta Doda śpiewa. Bardziej wnikliwej analizy możliwości wokalnych tejże wykonawczyni nie poznałem z drugiej ręki.

 

Kogo zapytać o cycki, jeśli nie kogoś, kto je ma? Podobnie z głosem. Kogo zapytać o głos, jeśli nie kogoś, kto tym głosem mógłby głowy ścinać, albo tkać flamandzkie koronki? Z tego punktu widzenia Doda jest szansonistką jakich wiele. Głosik ma ciekawy, ale wystarcza do zawodzenia prostych melodyjek. Niestety, zawiodę cię, chory na koneserstwo hipokryto, Doda w tej klasie jest świetną wokalistką. Gdy chcesz sobie kupić samochód wyścigowy, a potem zabić się nim, zajeżdżając innym drogę na ulicach, jednak nie słuchaj jej piosenek. To są rzeczy z klasy samochodów rodzinnych. Tak, tak – nie przesłyszałeś się. Jej utwory tchną ciepłem domu. Może domu, którego nie miała. Może takiego, który chciałaby mieć. Proste rzeczy o tęsknocie za miłością, dobrem i przyjaźnią. Leciutkie tekściki, jakby wycięte z prasy anonsy matrymonialne. Czy widzisz coś w tym złego? Odrobina zadziorności, łzawości i histerii. A komu histeria przystoi, jeśli nie kobiecie? Ani to nie jest liryczne, ani to nie jest limeryczne.

 

Że to wszystko opakowane w nieco wtórną formę, naśladowcze dźwięki i to nie dźwiękonaśladowcze, ale podrzynane od jakichś słabiaczków... To co z tego? Moje ulubione brzmienia gitarowe także miejscami da się tam słyszeć. Pojedynczy akord powtarzany uporczywie jako przerywnik ponawianej frazy. Żadna rock and rollowa rewelacja. Hardcorowcy się wściekają, bo im ich ulubione ciężkie jak myślenie opóźnionego w rozwoju brzmienie podkradła jakaś taka dyskopatka i teraz biadolą. Ale to dość śpiewne zawodzenie pomiędzy głupawym charczeniem gitar i perkusji ma swój dziwny urok. Ktoś powie, że jest to odgłos wody spuszczanej w sedesie. No, może być. W sedesach dziś i to publicznych pełna kultura. To by się w sumie zgadzało.

 

A dla kogo jest ta muzyczka? Co, nie wiecie? Znam jednego niedoszłego doktora, czyli wiecznego doktoranta od hitechu. Rzucali go jak pomiotło na zachodzie z Francji do USA, Anglii i pewnie by wylądował w Gujanie, gdyby go nie pchnęli z powrotem do Polski. Tu miał firmę hitechową zakładać, polskie biznesiorstwo nawracać na wysoką technologię. A to polskie zacofaństwo nie chce uczyć się chińskiego i co mu zrobisz? Budował takiego bezpilotowca do obfotografowywania z lotu ptaka, bo ponoć Polska jest nie dość obfotografowana. Ale po Dodzie tego nie widać. Ją obfotografowali. Można by na tej podstawie sporządzić już szczegółową mapę Dody.

 

A ten biedniaczek marzył o swojej palemce i drinkach na Riwierze... i klecił te swoje trywialne układy elektroniczne. Co jest z tymi reemigrantami z Francji, że wszyscy ciążą do palemki i Riwiery? W poszukiwaniu sztucznego mózgu i sztucznej inteligencji porozumiałem się z nim także w sprawie miejsca, gdzie koza je miotłę. Gdyby bujnął się dalej na południe, pewnie byłaby to już cosa nostra. Ale ponoć finansował ją niegdyś znany z innych diabelskich sztuczek Niccolo, w szerokim świecie bardziej rozpoznawalny jako Paganini, jeszcze wtedy, gdy owa cosa walczyła o jedność ojczyzny, zanim zajęła się ciemnymi interesami, to poniekąd muzyczna strona kozy. Szalbierstwo i szarlataneria muzyczna ma zatem swoje zaszczytne miejsce w historii wykonawstwa i kompozycji.

 

I tak siedzi któregoś razu ów od hitechu i dłubie coś. Zagląda do lodówki, bo mu świat odcięło to hitechowe zamroczenie i co widzi? Pustki. I odzywa się w te słowa:

 

Nie mam w lodówce nic do jedzenia i na dodatek skończyły mi się koszulki termoobkurczliwe.

 

Dla kogoś, kto nie zna terminologii hitechowej powiem, żeby nie pomylił tego z koszulkami mokroobkurczliwymi znanymi z konkursów. Koszulka termoobkurczliwa to taka kolorowa rurka, która pod wpływem gorąca zmniejsza swoją średnicę. Wiem, że tobie, biedny specu od głosów, bardziej się marzy koszulka termorozszerzalna, ale zlituj się... Nie za dużo marzeń?

 

Co się dzieje z koszulką termoobkurczliwą pod wpływem wysokiej temperatury? Mięknie. Wyobraźcie sobie tego biedaczka z tymi koszulkami i nożem w ręku. Bierze deskę i kroi je w swojej hitechowej desperacji na krótkie kawałeczki. Jak szczypior na kanapkę. Potem wrzuca te pokrojone koszulki na gorący olej. A potem wcina to w swojej hitechowej samotni, zanim przystąpi do następnego ambitnego problemu bezpilotowego fotografowania. Aktualnie jego samolot to ciągle nielot, to i powód do frustracji jest. Co chcecie teraz mu jeszcze zrobić?

 

Na muzyce się taki nie zna, na fotografii także się nie zna. Na filmie się nie zna, na sztuce się nie zna. Ile mam jeszcze razy napisać sławetne nie zna? Mógłbym tak do rana. Ale po co? Na fryzurach wokółmuzycznych też się nie zna, choć wie, a to już bardzo dużo, że to trwały element muzyki lekkoobyczajnej. I wy mu chcecie odebrać ostatnią przyjemność z życia, jaką ma? A tu nagle na rynek jego zabytkowego, pięknego miasta wojewódzkiego przyjeżdża Doda. Ona mu doda animuszu, witalności, którą utracił, uprawiając tę górnolotną fotografię bezpilotową. On teraz pędzi na złamanie karku i to bez aparatu, aby wystać na rynku, gdy to ruchome zjawisko fizyczne przewali się po scenie. Wybieg jej ustawili. Czy nie widzicie, jak ona chodzi? Ile energii wkłada w to, aby ten biedniaczek od hitechu wrócił w okolice, gdzie bodaj jest cień kobiety. Chcecie mu to zabrać? To tak jakbyście mu zjedli ostatnią koszulkę termoobkurczliwą.

 

Miejcie litość, nie każcie mi już o tym pisać. Wystarczy, że mi się to śniło dzisiaj. Nie chcę dośpiewywać tych wszystkich źle napisanych taktów. Nie chcę rozwijać tych miałkich linijek melodycznych w kosmiczne wariacje. Wystarczy, że mnie to zamęcza z uwagi na to, że kupiłem sobie tę różową płytkę. W środku te naklejki. Nie lubię sztuki tatuowanej. Musiałbym to miejsce potem omijać, a to grzech, tak nie dopieścić mapy lotniczej.

 

A na okładce Doda w kagańcu. I czego się boicie? Jej?  Czy to nie ona chroni swoją fizys przed atakami, jak bramkarz hokejowy? Jest to różowy papier toaletowy i ładnie perfumowany. Chodzi w iksy jak wiek XX. Ale mamy już XXI. Nie wyciągajcie pały na jej widok. Czy to jest osiągnięcie muzyczne? Mało na to wskazuje. Czy to zjawisko meteorologiczne? Także nie. To po prostu niesamowite zjawisko na naszej zaściankowej scenie rozrywkowej. Nie znają jej nawet w Wilnie. To czego chcecie od Dody? Czy ona wam przynosi ujmę? Po prostu dziewczyna na scenie. A czego byście chcieli - bezpilotowego dinozaura?

 

Ale jest pytanie: Czy Doda umie śpiewać. Jak wiecznie otwarta rana. Nasz Nauczyciel zabronił mówić wszystkiego ponad to: Tak tak, nie nie - gdy ma się przed sobą proste pytanie. Czy zatem Doda umie śpiewać? Tak. Jest śpiewanie i śpiewanie. Jest także śpiewanie w swojej klasie. Doda w swojej klasie w Polsce jest bezkonkurencyjne, bo nawet nie ma konkurencji. W swojej klasie ma klasę. I umie przy tym wylać wodę na małą wojewódzką głowę. I że jakiś pseudointelektualny reżyser ma do niej pociąg drugiej klasy... To co z tego? Zawsze lubił dźwięczne odbojniki w swoich filmach. I takie, które te atrybuty umiały wdzięcznie i szybko ukazać oczekującym na intelekt.

 

Są ludzie zawistni, którzy zazdroszczą dziewczynie tyłka... o przepraszam liternictwa, choć sami należą do innej klasy, podgatunku człowieka. Ich zazdrość i ich brocha. Powie potem taki, że nie lubi Dody, bo nie lubi chamstwa. A sam popisze się przy tym tak prostackim chamstwem, że przy nim Doda to niewinna dziewczynka. Inteligentna gapa pozująca na nastolatkę. Ale co chcecie od gap? Chcielibyście zginąć z głodu, bo gapy nie wyżarły pędraków, idąc za ciężko orzącym brzmieniem ciągnika i pługa na szerokim rozłogu nędzy muzycznej w Polsce? Wytłucze przynajmniej to pędractwo muzyczne. Czy atmosfera się od tego oczyści? Nie. Ale oczyści się przynajmniej gleba, żeby ziarno spadło i wzrosła z tego prawdziwa muzyka. Może jakiś potomek hitechowca wtedy usłyszy coś więcej niż zgrzyty lutownicy kładzionej na podstawek. Ale to tylko pod warunkiem, że ten zbliży się do prawdziwej kobiety, a nie do okładki kolorowego pisma. I żeby to chociaż muzycznego.

 

Tyle wokół nas tandety muzycznej. Tyle wrednego gadania o sztuce, z którego nic nie wynika. A żyjemy jak ci dzicy koloniści na dzikim zachodzie. Doda jest wspaniałą piosenkarką z saloonu a nie z salonu. Kręci liternictwem, potrząsa ilorazem i biedne technokratyczne mózgi choć raz czują coś humanistycznego i humanitarnego. Choć raz nie obce jest im coś ludzkiego. A że to ciągle prawie eastern zamiast westernu. To co z tego? W zasadzie to centerern – jakkolwiek antygramatycznie i amuzycznie to brzmi. Na tym pustkowiu, w tej brzydocie i brudzie takie zjawisko to dar od wszechogarniającej komercji. Produkt najwyższej jakości. Atrakcyjny nawet ponad miarę, jak na potrzeby lokalne. Może konkurować wszędzie z każdym innym produktem w swej klasie. A czy to jest muzyka? Cóż, na tym wielkim drzewie, mała gałązka może być szkodnikiem, który usechł i trzeba go prześwietlić, ale może dać malutkiego, śliczniutkiego kwiatka, który potem zamieni się w słodziutki owoc. Tego życzę, elektrycznie albo elektrodowo Dodzie. I każdemu zagonionemu w kozi róg technokracie muzycznemu.

 

 ***

 

Jest jeszcze mały aspekt językowy. Ktoś może wytłumaczy ten tytuł. Czy to jest Diamond Bitch. Czyli Diamentowa Suka, albo Diamentowa Dziwka. Na co wskazywałby kaganiec psiej oświaty. Albo może Diamond Botch czyli Diamentowe Partactwo, albo Diamentowa Fuszerka, Diamentowy Knot. Albo Diamond Batch czyli Diamentowy Wypiek albo Diamentowa Porcja, Diamentowy Plik. A może to jest po prostu informatyczny Diamentowy Plik Wsadowy. Byle tylko był to plik muzyczny. Na razie są to prościutkie soudtracki. Czyli pewnikiem coś spomiędzy tych intelektualnych domysłów muzycznych.

 

 

Andrzej Marek Hendzel