Wydawnictwo Oficyna
Strona główna Oferta
Wydawnictwo Oficyna: O wydawnictwie Oferta Nagrania Do pobrania Czcionki Kompozytorzy Dziennik Muzyczny Artykuły Recenzje Instytut Neuronowy Do pobrania Krótki opis Kontakt
 

 

Koncert Bałtycki

 

 

Rok Wydania: 2006

ISBN: 83-911428-3-3

Liczba stron: 28

 

Cena: 7 zł

Koncert Bałtycki - Część I pdf - 113 KB

Koncert Bałtycki - Część I mp3 - 2322 KB

 

Koncert Bałtycki powstał na początku 2006 roku. Jest utworem w pięciu częściach. Samo to jest już wystarczającym powodem, żeby coniektórzy twierdzili, że kłóci się to z układem koncertu. Ale kto powiedział, że o podziale utworu ma decydować argument, że jak podzieli się koncert na pięć części, to publiczność się pogubi, bo nie będzie wiedziała, kiedy klaskać?

 

Ponadto przeszedł po nas już walec nowatorstwa XX wieku. Takie novum, które autor tu wprowadził jest drobną korektą zastałych kanonów, ledwo widoczną w tle tego zamieszania, jakie jest udziałem muzyki zeszłego wieku.

 

Partie solowe pierwotnie – odpowiednio żeńska i męska - napisane na wiolę d’amore i puzon, mogą być wykonane na altówkę i wiolonczelę. Nic to utworowi nie szkodzi, a nawet zyskuje na dynamice. Ponadto nie będzie problemu z ambitusem wioli i kapryśnym usposobieniem wykonawców grających na tym pięknym instrumencie, którzy są zmanierowani nastawieniem na wykonawstwo jedynie słusznej - według nich - muzyki dawnej. Ale, gdyby się znalazł ktoś, kto to zagra na amorce (choć autor woli określenie damorka), to autor aż podskoczy z zachwytu. O, już mu dech zapiera.

 

Partie solowe są recytatywami głosów, ale nie zastępczym układem głosów na instrumenty zamiast na głosy ludzkie. Po prostu zimna partia głosu męskiego dialoguje z nieco histeryczną partią kobiecą. Może być pożegnanie pary – autor wstydzi się tego słowa – kochanków. Ale kto zostaje na redzie? Oto jest pytanie. I cały zarzut o romantyzm, który ciśnie się na usta niedowarzonych krytyków, spala na panewce. I to jakiej jeszcze – gdzie silniki mają po kilkadziesiąt tysięcy koni mechanicznych każdy.

 

Andrzej Marek Hendzel